|
Wielkie koncerny kuszą weteranów rocka milionowymi zyskami za wykorzystanie
ich hitów w reklamach. Nigdy! - odpowiada John Densmore z The Doors i rzuca
wyzwanie swym sprzedajnym kolegom.
8.07.2002
"Ciarki mnie przechodzą, kiedy odsłuchuję wiadomość od naszego menedżera,
który mówi, że znowu ktoś proponuje górę pieniędzy, jeśli tylko zgodzimy się
na wykorzystanie jednej z naszych piosenek jako podkładu do reklamy. Nie
odpuszczają. Trudno im chyba sobie wyobrazić, że nie każdy ma swoją cenę.
We wtorek dzwonili z Apple Computer: mieli czelność już pociąć "When the
music's over" na użytek reklamy oprogramowania do swoich sześciennych
cudeniek. Chcą to puścić w następny weekend i proponują półtora miliona
dolarów. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie powinniśmy się zgodzić.
Nie potrzebujemy tych pieniędzy. Ale wciąż naciska na mnie jeden z członków
zespołu, ten w okularach, co gra na klawiszach (Ray Manzarek - przyp.
FORUM). - Reklamy dadzą nam więcej rozgłosu - przekonuje. Pytam go więc: W
takim razie nie chodzi ci o same pieniądze? Przytakuje, ale zarazem pierwsze
pytanie, jakie zawsze zadaje, kiedy słyszy o kolejnej ofercie brzmi: Ile? I
nigdy nie sugeruje, żeby jak Robin Hood wziąć te pieniądze i rozdać.
Muszę odmówić. Dzięki Bogu w 1965 r. Jim (Morrison, założyciel i lider The
Doors - przyp. FORUM) postanowił, że będziemy dzielić wszystko po równo i że
każdy ma prawo weta. Oczywiście za każdym razem, kiedy odmawiam, podwajają
stawkę.
Jeden za wszystkich...
W 1967 roku Buick rzucił sumę 75 tysięcy dolarów za wykorzystanie "Light My
Fire" do lansowania opla, jego ówczesnej nowości. Każdy, kto czytał moją
autobiografię albo widział film Oliviera Stone'a o nas, wie, że zgodziliśmy
się na to pod nieobecność Jima. Kiedy wrócił, dostał szału. A nie chodziło
nawet o jego piosenkę ("Light My Fire" wyszła spod pióra Robby'ego
Kriegera). Zadzwonił do Buicka i zagroził, że jeśli puszczą tę reklamę,
weźmie młot i przed kamerami rozwali opla. To jeden z powodów, dla których
tak tęsknię za tym gościem.
Ale tak naprawdę, zaczęło się to jeszcze wcześniej, w 1965 roku, kiedy wciąż
byliśmy garażową kapelą, a Jim zaproponował, żeby uwspólnić prawa do
piosenek i honoraria. Sam nie umiał grać na niczym, dosłownie nie był w
stanie wydobyć jednego akordu z fortepianu czy gitary, ale teksty i melodie
wypływały ot tak z niego, więc pomysł wspólnego kotła brzmiał cudownie. W
razie gdyby komuś miało odbić, wymyślił zasadę weta. To się nazywa
demokracja w działaniu!
Wietnamczycy uważają, że każdy rodzi się pełen szczęścia, nie trzeba do
niego dążyć. Kiedy byłem młody, usiłowaliśmy je wytrząść z nich bombami. Z
tego jak sprawy dziś się mają, wygląda na to, że nam się udało. Słusznie
powiedział Vaclav Havel, kiedy obejmował urząd prezydenta Czechosłowacji:
"Nie pakujmy się w to za szybko, bo jeszcze nie wiemy dokładnie, czy jest
wielka różnica między KGB a IBM".
Czas na rewolucję
Dawniej budowaliśmy miasta wokół kościołów, dziś w środku zaludnionych
obszarów stoją banki. Wiem, wiem, to lata dziewięćdziesiąte. Nie, John, to
już nowe tysiąclecie, ty dinozaurze. Rockowy dinozaurze, dla ścisłości. Moje
włosy nie są już takie długie jak kiedyś, nie palę już tyle trawy, mam nawet
małą łysinkę. Dolar jest bogiem, a reklamy są cool, tak samo jak
najwspanialsze klipy rockowe.
Gdybym był perkusistą zespołu Grass-roots, nie dotknęłoby mnie tak do
żywego, kiedy usłyszałem jak "Revolution" Johna Lennona promuje buty
sportowe Nike'a. Ta piosenka była podkładem muzycznym przez kawał mojej
młodości, kiedy na ulicach znajdowało się pełno zaangażowanych obywateli
korzystających z gwarantowanego przez Pierwszą Poprawkę prawa do wolności
słowa. Hej, ulice są znowu pełne ludzi, a przynajmniej były takie przed 11
września. I protestują oni przeciwko temu, co właśnie mam na myśli, pisząc
te słowa: pazerności wielkich firm!
Może powinienem zająć się tylko muzyką. Znajoma działaczka twierdzi, że
dzięki potędze komunikacyjnej internetu to, co teraz dopiero narasta i
pęcznieje pod skorupą tego nowego wspaniałego świata, przyćmi rewoltę lat
60. Nie chcę już słyszeć "Czas na anarchię!", to wytarty hippisowski slogan,
ale chciałbym znowu ujrzeć w tym kraju odrodzenie klasy średniej. Europa
wydaje się zdrowsza. Są bardziej zieloni od nas. Mają obsesję na temat
naszej genetycznie modyfikowanej żywności i starają się uniezależnić NATO od
nas, na wypadek gdybyśmy się okazali zbyt gorliwym żandarmem świata. Kiedy w
1967 r. Doorsi po raz pierwszy wyprawili się z kolonii za ocean, tamtejsze
firmy płytowe też wydawały się zdrowsze. Detaliści w Anglii mogli zamówić
tylko tyle płyt, ile byli w stanie sprzedać. Żadnych zwrotów do wydawcy. To
uniemożliwiało ten ogromny zalew dętych sukcesów, szaleństwo podwójnych
platynowych płyt, z których połowa nakładu wraca potem do firmy
niesprzedana.
.... ciąg dalszy
W dzisiejszych czasach niemal całą branżę płytową posiada pięć korporacji.
Jedynym kryterium są dla nich liczby. Teraz nawet nieskazitelni brytyjscy
artyści padają ich ofiarą. Pete Townsend znowu wszystkich oszukuje,
sprzedając piosenki zespołu The Who yuppies marzącym o nowym samochodzie
terenowym. Mam nadzieję, że Sting zaproponował choć raz szamanom
afrykańskich plemion, z którymi lubi się fotografować na tle dżungli,
przejażdżkę na tylnym siedzeniu jaguara, którego reklamuje. Ten samochód,
nazwany od zwierzęcia zagrożonego wyginięciem, jest przede wszystkim
pożeraczem paliwa. Gdybyście mnie znali w latach 60., powiedzielibyście, że
ta moja przemowa jest obłudna, bo nazywano mnie wtedy Jaguar John. Jeździłem
jednym z pierwszych egzemplarzy XJ6, długo jeszcze zanim tę markę upodobali
sobie księgowi. Potem przesiadłem się do modelu rolls-royce'a
przypominającego jaguara... To był dopiero pożeracz paliwa! Ale działo się
to w czasach, kiedy szumiało mi w głowie od pierwszych podmuchów rockowej
sławy. Na szczęście nieco zmądrzałem. Brytyjczycy mogą mi tu wypomnieć, że
"Riders on the Storm" promowało na Wyspach opony do samochodów terenowych,
ale duch naszego lidera przywołał mnie do porządku i oddałem swoją część
tantiem na cele charytatywne.
Chciwość jest w nas
Wciąż nie jestem pewien, czy polski członek naszego zespołu wyciągnął
nauczkę z lekcji opla, ale ja wiem, że zgodzimy się na trzy reklamy i
utracimy cały szacunek Jima. - Ale Jim nie żyje - odpowiada wtedy nasz
klawiszowiec. Właśnie dlatego powinniśmy się tym mocniej opierać.. George
Harrison miał w tej sprawie jasne zdanie: Beatlesi mogliby zarobić wiele
milionów na reklamach, ale uznaliśmy, że to zaszargałoby nasz wizerunek i
zdeprecjonowało nasze piosenki. Naprawdę szkoda, że nie możemy pogadać z
Johnem, jedna czwarta nas odeszła... chociaż w pewnym sensie nie: jest
przecież Yoko, beatlesowa jak nigdy dotąd. Czy miał na myśli tę reklamę
Nike, czy wspólne nagie zdjęcie Johna i Yoko użyte do reklamy wódki?
A to właśnie John i Yoko natchnęli mnie, by zacząć regularnie odpisywać
jedną dziesiątą dochodów na cele dobroczynne. Gdyby każdy oddawał swoje 10
procent, być może świat odzyskałby nieco równowagi. Moim zdaniem, jeśli się
przechodzi do klasy multimilionerów, należy podnieść stawkę. W zeszłym roku
postanowiłem oddawać 15 procent i poczułem, jak odzywa się we mnie gen
chciwości. Kiedy się przechodzi jeszcze wyżej, na poziom multi-multi,
należałoby oddawać co roku połowę.
Pogrzeb Robin Hooda
Pan wybaczy, panie Gates, ale samo pojęcie miliardera jest nieprzyzwoite.
Wiem, że dużo pan rozdaje i łatwo mi się wymądrzać, ale wiem coś o tym.
Kiedy szedł film Stone'a o Doorsach, pieniądze ze sprzedaży płyt potroiły się i kiedy podpisywałem te
dziesięcioprocentowe czeki, moja ręka drżała. Dlaczego? Przecież i tak
dostawałem znacznie więcej niż kiedyś. Pamiętam głos chciwości, kiedy
usiłowała ze mną dyskutować, w sprawie naszej piosenki w reklamie papierosów
w Japonii. - To jedyny sposób, żeby wejść na tamten rynek. Oni uwielbiają
reklamy. - A co zrobisz z poczuciem, że zachęcasz dzieciaki do palenia,
Ray? - Zawsze musisz być taki politycznie poprawny, John! Uparłem się jednak
przy swoim i zawetowałem układ.
To całkiem samotny marsz pośród odzywających się zewsząd podszeptów: Każdy
ma przecież cenę. Za każdym razem, kiedy odmawiam, podnoszą oferowaną sumę.
Pewna firma internetowa zaproponowała niedawno trzy miliony dolarów za
"Break Through". "Kumpel Jima" (tak Ray pisze o sobie w autobiografii)
przytaknął, ale Robby dołączył do mnie w twardej odmowie. - Dorzucimy im
jeszcze pół miliona i po komputerze na głowę - postanowił pewnego wieczora
prezes Apple'a.
Robby odezwał się do mnie następnego dnia. Przekonywał mnie wówczas, że
owszem, zabawa w Robin Hooda jest niezła, ale że nasze piosenki mają swoją
własną wartość i sens, i że naszym głównym celem powinno pozostać zachowanie
ich dla fanów. - Wiele dzieciaków mówiło mi, że po raz pierwszy kochali się
przy "Light My Fire" lub słuchali tego upaprani w wietnamskim okopie albo na
haju, w kluczowych momentach życia. Jeśli pozostaniemy jednym z kilku
zespołów, który nie robi reklam, to doda wartości naszym piosenkom na
dłuższy czas. Może sprzedaż płyt będzie nieco niższa, ale powinniśmy być
dumni. I wreszcie celny strzał: Kiedy usłyszałem od jednego fana, że nasze
piosenki pomogły mu uniknąć samobójstwa, zrozumiałem, że tego nie wolno
sprzedać. Tak więc, zgodnie z duchem piosenki Dylana "Pieniądze nie mówią,
lecz przysięgają", manipulowano nami, błagano, wymuszano na nas pakt z
diabłem. W czasie, gdy pisałem ten tekst, holenderski oddział Toyoty zrobił
to za nas. Wzięli sobie po prostu pierwsze takty "Light My Fire" do reklamy
samochodów. Zadzwoniliśmy do naszych prawników w Holandii, żeby ich pozwali,
ale tymczasem kolesie w Amsterdamie myślą, że się sprzedaliśmy. Jim
uwielbiał Amsterdam.
The Doors - legendarny amerykański zespół rockowy drugiej połowy lat 60.
Występował w składzie: Jim Morrison - wokal, Ray Manzarek - klawisze, Robby
Krieger - gitara, John Densmore - perkusja. Największą sławę przyniosły mu
piosenki z tekstami Morrisona ("The End", "Riders in the Storm", "People are
Strange") oraz aranżacje songów Weilla i Brechta. Po śmierci Morrisona w
1971 r. grupa zakończyła działalność. Burzliwe losy muzyków przedstawił
Oliver Stone w filmie "The Doors" (1991).
BakerStreet & JimbO - wielkie dzięki!!!
|