Logo Dalej intro Wstecz /me chat forum guestbook ankieta nowosci informacje


Karolina Kaźmierczak (Inka)

  Witajcie!

  Zapewne jesteście bardzo ciekawi jak wyglądał koncert The Doors, który odbył się podczas Harley - Davidson Open Road Tour California Speedway w Fontanie, 6 września 2002 roku. Przetłumaczyłam relację, którą napisała Amerykanka, Ida Miller. Miłej lektury!

  "Nie mogę uwierzyć, że już po wszystkim! Czekałam na ten koncert od lutego, kiedy doszły mnie słuchy o tym wyjątkowym i cudownym wydarzeniu, które miało być 6 września. Co więcej, aby zobaczyć The Doors nie musiałam wyjeżdżać poza miasto!

  Ochroniarzy, którzy wpuszczali na CA Speedway było wielu. Dokładnie sprawdzali torby, kieszenie, trzeba było przejść przez wykrywacz metali. Pytali o noże i broń, ale nie sprawdzali ani aparatów czy kamer, ani dyktafonów itp.

  Pogoda się zmieniła - była idealna. Ostatnio w Kalifornii było okropnie upalnie. Dzień przed koncertem pojawiły się niespotykane o tej porze roku mżawki. W prognozach pogody zapowiadano burze, które mogłyby być interesujące w zestawieniu z 'Riders On The Storm', jednak nie dane było nam tego przeżyć. Za to ucieszyliśmy się widząc pojedyncze chmury na niebie, ale nie było zimno nawet po zachodzie słońca, mimo że byliśmy u podnóży gór.

  Kiedy przybyliśmy na miejsce, na scenie grali już Los Lobos. Według planu ich występ miał się rozpocząć o 17 i trwać do 18.30. O 19 grać zaczęli Earl Scruggs. Przegapiłam zapowiedź (o ile taka była), ale jestem pewna, że z zespołem występował znany, wspaniały gitarzysta Albert Lee.

  O 21.00 publiczność zaczęła niespokojnie wołać The Doors. Ludzie związani z Harley'em-Davidsonem i rodziny członków klubu weszli na scenę i zaczęli opowiadać o ich trwającej cały rok setnej rocznicy.(...)

  Scena była wysoka na jakieś12 stóp [to ok. 4m] i bardzo duża więc zespół miał wiele miejsca i był widoczny dla wszystkich. Ogromne ekrany wisiały z obu stron, a po chwili pojawiło się na nich zdjęcie Jima z napisem na dole "1943-1971". Podczas koncertu na ekranach były wyświetlane teledyski i zbliżenia członków zespołu.

  WRESZCIE o 21.10 bez fanfarów na scenę weszli Angelo, Ray i reszta. Zajęli swoje pozycje, a widownia oszalała. Jim Ladd z radia KLOS z Los Angeles zrobił krótki wstęp podobnie jak podczas czwartkowej próby w House of Blues i zapytał: "Is everybody in?...Is everybody in?... The ceremony is about to begin. Ladies and gentelmen, from Los Angeles, California... The Doors!"

  Po tych znanych słowach rozbrzmiały pierwsze akordy "Roadhouse Blues" zagrane przez Robby'ego. Gitarzysta ubrany był w zielone, 'wojskowe' spodnie i biały podkoszulek z podobizną kogoś, kogo nie rozpoznałam (jak zwykle!). Ludzie sugerowali, że to był Colin Powell, co miałoby sens w zestawieniu ze spodniami. Piosenka przerodziła się po chwili w "Break On Through" z wstawkami "Dead Cats, Dead Rats".

  Ian miał czarne dżinsy i czarną koszulę z długimi rękawami i haftem na plecach. Miał teksty utworów obok mikrofonu, podobnie jak w czwartek, ale widać było jego całkowitą pewność co do piosenek. Wyglądał cholernie dobrze z pokręconymi i potarganymi włosami sięgającymi trochę poniżej uszu. Przyznał, że to dla niego zaszczyt występować z The Doors. Raz po raz miał kłopoty z pnagłośnieniem.

  Nie tracąc czasu, Ray zaintonował 'When The Music's Over'. Miał na sobie kolorową bluzkę, a na niej biały sweter zrobiony na drutach. Uwielbiam spoglądać na grającego Raya, który odwraca głowę co czwarty takt. Ian naprawdę świetnie wykonał tą piosenkę! Stewart również świetnie wypadł grając zupełnie w stylu Densmore'a. Nie narzekam, był wręcz fantastyczny!

  Następną piosenką było 'Love Me Two Times' ze świetnie uzupełniającymi się Robby'm i Rayem. Potem 'Alabama Song (Whisky Bar)', które przeszło w 'Back Door Man' i później w 'Five To One'. Pod koniec tego utworu nastąpiła prezentacja nowych członków zespołu. Ian przedstawił Stewarda Copelanda i Angelo Barbera'ę, a Ray Iana.

  Unowocześniono 'Strange Days' poprzez dodanie jakby wschodnio brzmiącego wprowadzenia i dodatkowego dźwięku. Przyznaję, że ta wersja bardzo mi się spodobała, zwłaszcza ostra gitara na koniec. Za muzykami świeciło się wręcz psychodeliczne światło podczas trwania całej piosenki.

  Spojrzałam na zegarek i okazało się, że już byłą 22.00! Pozostała tylko godzina koncertu, ale w sumie jeszcze kilkanaście piosenek do wysłuchania.

  Następnie Ray przedstawił Johna Doe z X [zespół, który na początku lat 80-tych założył Ray; był również ich producentem]. John wyszedł na scenę, aby czytać poezję Jima. Wtedy Ian zniknął. Przy akompaniamencie, tak jak na 'American Prayer', John recytował 'Awake / Ghost Song / The Hill Dwellers.' Niespodzianką było dwóch prawdziwych Indian tańczących na scenie podczas trwania całego przedstawienia. Nie do końca zrozumiałam, kiedy Ray ich przedstawiał, ale prawdopodobnie byli to Indianie Navajo.

  John opuścił scenę, a nas pochłonęły pierwsze dźwięki 'Love Street'. Piosenka zakończyła się delikatną solówką Raya, bardzo podobną do tych, które grał przy owym utworze Steve Bach podczas występów z zespołem Robby'ego Kriegera.

  Następnie Robby założył na palec szyjkę od butelki, co mi zasygnalizowało 'Moonlight Drive', a potem zespól bezpośrednio zaczął grać 'Wild Child'. Byliśmy za blisko, żeby widzieć całe, ogromne ekrany, ale widziałam, że pokazywano fragmenty wideoklipu do tej piosenki.

  Dalej Ray wspomniał, że zbliża się jesień i zapowiedział utwór prosto z Venice z Kalifornii, jakim był 'Summer's Almost Gone'. Robby jeszcze raz zagrał z szyjką od butelki na palcu. Po chwili rozbrzmiały pierwsze dźwięki bardzo rockowej 'L.A. Woman'. Zaraz po niej Ian zapytał, czy tak właśnie należy się zachowywać na rockowym koncercie. Nie mam pojęcia, czy to miało być do kogoś konkretnego, kogo zobaczył, czy po prostu tak bez znaczenia. Powiedział, że było to 'takie nowe' i podziękował wszystkim za wsparcie i uwagę.

  Ray z kolei przedstawił debiutujących jako The Doors XXI wieku Robby'ego Kriegera na gitarze, Iana Astbury - wokal, Stewarda Copelanda na perkusji, Angela Barberę na basoe oraz siebie.

  Następnie wysłuchaliśmy 10-minutowego 'Light My Fire'. Zupełnie jak za dawnych czasów, wokalista opuścił scenę, kiedy reszta wczuwała się w hipnotyzujące dźwięki. Robby cały czas spacerował po scenie, dzieląc się tymi niezwykłymi chwilami z Rayem, Angelo i Stewardem. Wpleciono w utwór fragmenty "Eleanor Rigby". Robby podszedł do brzegu sceny tak, aby każdy mógł podziwiać jego nieprawdopodobny styl gry. Ian powrócił, by w wielkim stylu zakończyć piosenkę - i chwała mu za to - zrobił to, czego tak bardzo zabrakło Scottowi Stappowi w "Storytellers".

  Nadeszła godzina 22.40, wiedzieliśmy, że to już prawie koniec. Zespół opuścił scenę, ale wszyscy wciąż krzyczeli "WE WANT DOORS". Muzycy wrócili przy dźwiękach uderzających piorunów, które przekształciły się w długie i nieznudzone 'Riders On The Storm'.

  Jeszcze jedna niespodzianka nas spotkała. Mianowicie Ray przedstawił syna Robby'ego, Waylona, który dzień wcześniej obchodził urodziny. Waylon stał po prawej stronie sceny obok swojego dumnego ojca i nieśmiało pomachał ręką ku widowni wywołując tym samym aplauz. Robby zapowiedział, że dla tych, którzy się spóźnieni jeszcze raz zagrają 'Roadhouse Blues'. Piosenkę tym razem rozpoczęła gitara Waylona.

  Potem stała się najgorsza z możliwych rzeczy. Koniec. Była już 23.00. Nic więcej. THE END. Wprawdzie cały tłum krzycząc prosił o jeszcze, ale ekipa wtargnęła na scenę i zaczęła składać sprzęt. Było jasne, że nic więcej się nie wydarzy. Ochrona dała do zrozumienia, ze trzeba opuścić teren.

  Ten koncert był niesamowity. Szkoda, że nie było Johna. Odczuliśmy jego nieobecność, ale gdy się zamknęło oczy i posłuchało, było wrażenie, że to Densmore gra. Stewart Copeland okazał się bardzo dobrym zastępcą tak niezwykłego perkusisty, jakim jest John.

  Ian nie jest Jimem i nigdy nim nie będzie, ale, co ważne, nawet nie próbuje nim być. Nie jestem fanką The Cult, ale uważam, że Ian zrobił kawał dobrej roboty. Nie był ubrany w czarną skórę. Nie naśladował skradających się ruchów i tańców Jima. W zamian zaprezentował swoje, bardzo charakterystyczne ruchy. Był po prostu Ianem Astbury, pełnym energii i przyciągającym uwagę. Skakał, tańczył po całej scenie interpretując piosenki NA SWÓJ sposób. Angelo stał w tyle. Musiał być bardzo podniecony i zaszczycony jako część tego wszystkiego.

  Podczas długiej drogi do wyjścia nie słyszałam ani jednego złego słowa o koncercie. Wszyscy byli totalnie zauroczeni i więcej niż zachwyceni występem Iana. The Doors powrócili w XXI wieku. Miejmy nadzieję, że koncert zostanie wydany na DVD, aby każdy mógł to zobaczyć."


autor: Ida Miller
tłumaczenie: Inka

  Na stronie http://www.robbykrieger.com zostały już opublikowane zdjęcia z konferencji prasowej i samego koncertu. Polecam.


Inka! Dziękuję bardzo!!!

historia
dyskografia
literatura
video
biografie
teksty
tłumaczenia
poezje
artykuły
cytaty
muzyka
gitara
bajery
galeria
#thedoors
linki