Logo Dalej intro Wstecz /me chat forum guestbook ankieta nowosci informacje



Okładka Machiny

Kwartet na trzy głosy


Z muzykami The Doors rozmawiają
Grzegorz Brzozowicz i Daniel Wyszogródzki

Artykuł pochodzi z miesięcznika "Machina",
z numeru 3(24) - marzec 1998 r.

   "Pod koniec ubiegłego roku (artykuł napisany był w roku '98 - przyp.) pojawiło się czterokompaktowe wydawnictwo nazwane po prostu Box Set, firmowane nazwą THE DOORS. Kult zespołu trwa, mimo, że od śmierci Jima Morrisona - najbardziej charyzmatycznej postaci w historii rocka - minęło już prawie 27 lat. Od 3 lipca 1971 r., kiedy w nie wyjaśnionych okolicznościach zmarł w Paryżu, ukazało się sześć składanek, trzy albumy koncertowe, płyta An American Prayer z deklamacjami Morrisona uzupełnionymi o muzykę zrealizowaną przez pozostałych członków zespołu, i film The Doors wyreżyserowany przez Olivera Stone'a.

   W Polsce kult The Doors jest równie wielki. Nasze wydawnictwa książkowe opublikowały nie tylko kilka biografii zespołu wraz z najsłynniejszą Nikt stąd nie wyjdzie żywy, ale wszystkie możliwe tomiki wierszy Morrisona oraz kilka wersji przekładów piosenek grupy. Co najważniejsze, są to u nas najlepiej sprzedawane pozycje muzyki rockowej. Ukazanie się Box Setu umożliwiło nam telefoniczną rozmowę z członkami The Doors.
   To dość przedziwna sytuacja, kiedy się rozmawia z trzema muzykami, a i tak wszyscy wiedzą, że przez cały czas chodzi o tego czwartego. Tego, którego już nie ma. Ray Manzarek najwyraźniej zdążył się przyzwyczaić do takiej sytuacji. Jest najstarszy, ma dziś 63 lata i w zasadzie zawsze pełnił rolę ojca zespołu. Pamiętajmy, że był o prawie dziewięć lat starszy od Jima Morrisona. Już wówczas, w połowie lat 60., wiedział, co gra, w odróżnieniu od gitarzysty Robbiego Kriegera, który mial zaledwie 20 lat, gdy został członkiem grupy. Dla niego cała historia przemknęła za szybko. Dopiero później, już po wszystkim, zaczął się zastanawiać, co tak naprawdę się stało. Perkusista, John Densmore, był jedynym, który starał się walczyć z Morrisonem. Nie miał szans, bo Jim był rock'n'rollowym Bogiem. Przepraszam, jest nim wciąż dla nowych rockowych pokoleń. Dlaczego? Panie i Panowie, specjalnie dla "Machiny" mówią The Doors...

   Mamy kompleksy, nieprawdaż? Dlatego, zanim zaczniemy penetrować świat Morrisona i jego duchów, zróbmy sobie przyjemność. Przecież ten najstarszy z Doorsów, klawiszowiec Ray Manzarek, ma coś z nami wspólnego...

   Ray Manzarek: Dziadkowie przybyli z Polski do Ameryki w 1905 roku i zatrzymali się w Chicago. Rodzina ojca wywodziła się z Warszawy, a jego nazwisko brzmiało Manczarek, ale nikt w Ameryce nie umiał tego wymówić, jestem więc Manzarek. Mama nosiła panieńskie nazwisko Kolenda i pochodziła z Białegostoku. Ja wychowałem się w Chicago, w South Side. Z polskich słów znam - "Dziękuję". Co tam jeszcze było? "Na zdrowie!". Ale to już chyba wszystko. (Próbuje z trudem wypowiedzieć "Jak ci idzie", zlewając to w jedno słowo). W Polsce nie byłem, choć bardzo chciałbym. Zapewne mam tam jakąś rodzinę.
   A więc mamy w Doorsach rodaka. Może dlatego twórczość zespołu jest tak u nas popularna? Bez przesady. Jim nie ma z nami nic wspólnego - był stuprocentowym Amerykaninem. Pisał wiersze, które w tak niebywały sposób wciąż przemawiają do nastolatków. To, co robił, nie wzięło się z niczego. Morrison był inteligentny, oczytany... Może dlatego ma taką przewagę nad nami ?

Pamiętny eksces

   Powodem naszej rozmowy jest ukazanie się czterokompaktowego wydawnictwa Box Set zawierającego przede wszystkim nie publikowany dotąd materiał The Doors. Zestaw otwiera utwór Five To One z koncertu w Miami, po którym Morrison został oskarżony o szerzenie niemoralności. Policja twierdziła, że podczas występu pokazał członka. Koncert przerwano, a widownię ogarnęło szaleństwo.

   Robbie Krieger: To wyglądało na zamieszki. To zwariowany koncert i z pewnością nie najlepszy występ w wykonaniu The Doors. Jim był na bardzo ostrym odlocie i wszystko wymknęło się spod naszej kontroli. Zresztą zagraliśmy chyba tylko pięć numerów.

   R.M.: Występom The Doors zazwyczaj towarzyszyło duże podniecenie, ale ten koncert był szczególny. Myślę jednak, że nigdy się naprawdę nie dowiemy, czy Jim obnażył się w trakcie występu w Miami, czy też nie. "Pokazał, czy nie pokazał?" - pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Na pewno jednak jasne są jego intencje - jemu chodziło tylko o wolność, o to, żeby ludzie na widowni poczuli się wolni. I żeby dobrze się bawili. Powiedział przecież: "Nie mówię o rewolucji - mówię tylko o miłości, o miłości i jeszcze raz o miłości...". To było jego najważniejsze przesłanie. Pomimo panującego wokół chaosu i szaleństwa, on mówił: "Kochajcie się nawzajem". Występ w Miami okazał się punktem zwrotnym w naszej karierze. Dla nas i dla niego. Potem nie wy-stępowaliśmy już zbyt często. Jim zmienił całkowicie swój stosunek do rock'n'rolla, do całego świata... Nadal robiliśmy dobrą muzykę - po koncercie w Miami powstały jeszcze albumy Morrison Hotel i L.A. Woman. Muzyka więc nie ucierpiała.

Box Set

   Nie ma Morrisona, który zmarł w Paryżu 3 lipca 1971 roku, ale sława i profity wciąż są z tą grupą związane. W 1978 roku pojawił się album An American Prayer, na którym do tekstów nagranych przez Morrisona tuż przed śmiercią pozostali muzycy dograli muzykę. Potem pojawiły się liczne składanki i trzy albumy koncertowe. A publiczność wciąż chce jeszcze. Zatem dajmy jej odrobinę radości. Box Set, w cenie 150 zł błyskawicznie nabyło u nas dwa tysiące osób.

   John Densmore: Mieliśmy nad tym projektem pełną kontrolę. To był nasz pomysł, żeby trzy z czterech kompaktów zawierały materiał publikowany po raz pierwszy. Jeden z nich to koncert z Nowego Jorku z 1970 r. Czwarty CD zawiera nasze największe przeboje, ale zdecydowaliśmy, że to my dokonamy ich wyboru.

   R.M.: Większości z nagrań nie słyszeliśmy od dobrych 20 lat. Niektóre z nich zaskoczyły nas samych, tak jak jazzowa wersja Queen Of The Highway. Nawet nie pamiętałem, że nagraliśmy coś takiego! Usłyszenie ponownie tego materiału było wielką niespodzianką.

Nowa piosenka

By sprzedać w znacznym nakładzie tak drogi zestaw, należy rzeczywiście zaproponować coś specjalnego. The Beatles, promując swoje trzy Antologie, nagrali nową piosenkę, podpierając się zmurszałym, zapomnianym, solowym nagraniem Lennona. The Doors wyskrobali więc taśmę z domowym popisem Morrisona. W ten sposób otrzymaliśmy Orange County Suite - nową piosenkę The Doors.

   R.M.: Jim nagrał tę piosenkę w 1970 roku, uderzając kilka prostych akordów na fortepianie. Znałem ją, ale dopiero, kiedy usłyszałem ją ponownie, przy pracy nad Box Setem, powiedziałem: dokończmy to, zróbmy to dla Jima - tak samo jak zrobiliśmy to z albumem An American Prayer. Dorzućmy bębny, gitary i niech Bruce Botnick to wyprodukuje. Kiedy więc znaleźliśmy się w studiu, wyglądało to zupełnie tak, jak podczas sesji do L.A. Woman. Botnick siedział przy konsoli, my przy swoich instrumentach, a Jima Morrisona mieliśmy w słuchawkach. Pograliśmy sobie trochę w czwórkę...

   R.K.: Warto było to zrobić, chociaż John i ja mieliśmy co do tego wątpliwości i początkowo nie chcieliśmy dograć swoich partii. Ale daliśmy się namówić, pod warunkiem, że jeśli rezultat nie będzie nam odpowiadał, to wtedy zrezygnujemy z umieszczenia nagrania na Box Secie.

   J.D.: Rzeczywiście początkowo byłem temu całkowicie przeciwny. Końcowy efekt jest jednak wspaniały i jestem przekonany, że Jim byłby zachwycony.

   R.M.: Wszyscy porównują tę piosenkę do Free As A Bird Beatlesów. I słusznie, ale nasza jest lepsza. Piosenka Beatlesów bardzo mi się zresztą podoba, tylko za dużo tam wszystkiego napakowali - ledwo słychać Johna Lennona. W nowym nagraniu The Doors nie ma wątpliwości, że śpiewa Jim Morrison.

Kto komponował?

   W powszechnej opinii The Doors to Jim Morrison. A zatem to on powinien stworzyć repertuar zespołu. Na Box Setcie jest utwór Rock Is Dead, który ma jamowy charakter: Czy w ten sposób powstawały utwory?

   R.M.: To była tylko zabawa - luźny wieczór, kiedy graliśmy sobie bluesa. Rock Is Dead to jam grany dla zabawy. To nie miał być numer na płytę, a tylko zapis pijackiego wieczoru w studiu, z kolegami. Zwykle wyglądało to jednak w ten sposób, że Jim przynosił słowa. Miewał także pomysły melodyczne, np. kiedy zaśpiewał mi po raz pierwszy Moonligt Drive, był to już właści-wie gotowy utwór. Akompaniament i rytm tworzyliśmy potem wokół tego, co wymy-ślił. Robbie przynosił gotowe piosenki. To on napisał Light My Fire. Potem następowała "obróbka zespołowa " - w tym przypadku John podrzucił rytm w stylu latynoskim, ja zbudowałem partię solową na organach i wstęp. Jim ułożył drugą zwrotkę: Love become the funeral pyre. To dobry przykład na to, jak powstawała piosenka The Doors - każdy dorzucał coś od siebie.

   R.K.: Light My Fire była zresztą moją pierwszą piosenką. Później napisałem jeszcze Love Me Two Times, a także You're Lost Little Girl, Spanish Caravan, Touch Me, Love Her Madly i sporo innych. W większości Jim przynosił nam teksty, a my czasem siadaliśmy nad nimi wspólnie, czasem pracowaliśmy indywidualnie. Bywało też tak, że ja miałem gotową melodię, a on pisał do niej słowa.

   J.D.: Jim nie grał na żadnym instrumencie, ale wymyślał melodie w głowie i potrafił je zaśpiewać. W ciągu tych kilku krótkich lat w zespole panowała pełna demokracja. Czasem Jim miał w głowie tylko zarys czegoś i siadaliśmy nad tym razem - tak powstał The End. To było u mnie w domu. Jim powiedział na początku: "This is the end, beautiful friend - the end". A potem utwór zaczął się rozrastać.

   Niesławne wersy "edypalne": Ojcze chciałbym cię zabić / Matko chciałbym cię zerżnąć powstały później?

   R.K.: Graliśmy wtedy w klubie Whisky A Go-Go, w Hollywood, i nasz repertuar zaczynał się dopiero krystalizować. Ta kompozycja długo nie była skończona, a część "psychoanalityczna" powstała w trakcie spontanicznej improwizacji na scenie. Jim sam nie poddał się nigdy psychoanalizie, ale dużo o niej czytał i sporo wiedział.

   J.D.: W wielu utworach mieliśmy miejsca przeznaczone na improwizacje - niekoniecznie instrumentalne, Morrison improwizował słowa... W Whisky A Go-Go byliśmy "house-bandem", ale kiedy zaśpiewał Father I want to kill you / Mother, I want to fuck you, to nas oczywiście wylali. Ja sam myślałem, że padło mu na głowę. Nie miałem pojęcia, o co chodzi. Byłem jeszcze młody...

Jumbo

   Jim Morrison miał dwa oblicza - kolega, zwyczajny miły facet oraz nieposkromiony szaleniec, którego ty, Ray, nazwałeś podobno "Jumbo ". Czy jego geniusz brał się właśnie z tego rozdwojenia osobowości ?

   R.M.: O, nie - jego geniusz nie miał z tym rozdwojeniem nic wspólnego! Geniusz Jima opierał się na jego wysokim IQ - był niezwykle inteligentnym człowiekiem. Niestety - w wielu przypadkach taka wysoka inteligencja może okazać się ciężarem, a nawet przekleństwem. Vincent van Gogh był genialnym malarzem, ale jego sztuka nie wywodziła się bynajmniej z jego psychotycznej osobowości, która go po prostu zgubiła. To było jego tragedią, tak jak tragedią Jima Morrisona było jego własne psychotyczne rozdwojenie.

   J.D.: Ilekroć był pijany, wychodził z niego pan Hyde. Dlatego tym bardziej chcę podkreślić, że nie trzeba być autodestrukcyjnym, żeby być twórczym.

   Uważacie, że Morrison był sobie wierny?

   R.M.: Oczywiście, że tak.

   Ale czy jego skłonności destrukcyjne nie wynikały z tego, że nie akceptował swojego alter ego?

   R.M.: To bardzo interesujące pytanie. Skąd właściwie brały się jego niszczycielskie tendencje? A skąd brały się one u Janis Joplin czy u Jimmy'ego Hendrixa? Albo Michael Hutchence - sprawiał przecież wrażenie poukładanego faceta, a jednak popełnił samobójstwo. Co zaś powodowało autodestrukcję Jima Morrisona? Nie wiem, i nigdy się już tego nie dowiem.

   Czy to prawda John, że w pewnym momencie nie wytrzymałeś i chciałeś opuścić zespół?

   J.D.: Tak. Chyba było to w okresie powstawania trzeciej płyty - nie mogłem już dłużej patrzeć, jak Jim się sam wyniszcza, rzuciłem więc pałeczki i wyszedłem ze studia. Wróciłem następnego dnia, przekonany, że nie potrafię już żyć bez tego. Rzuciłem zespół, a potem wróciłem.

Świat psychodelików

   Czy przed poznaniem kolegów z zespołu miałeś już jakieś doświadczenia z narkotykami?

   J.D.: Naprawdę chcecie mnie pytać o takie rzeczy? To zabawne, ale brałem kilka razy LSD, zanim spróbowałem po raz pierwszy marihuany. Wtedy jeszcze było to zupełnie legalne. Znałem się już z Robbiem Kriegerem i kilka razy wzięliśmy LSD razem. Potem, kiedy już poznałem Raya Manzarka, opowiadaliśmy sobie o naszych psychodelicznych doświadczeniach, ale wszyscy wiedzieliśmy dobrze - przynajmniej wszyscy trzej - że są to niebezpieczne zabawy. Interesujące, ale niebezpieczne. Ja sam byłem bardzo ostrożny - wybrałem się na kurs medytacji, myśląc, że znajdę tam jakąś alternatywę dla narkotyków. Poznałem tam Raya... Nancy Reagan prowadziła w latach 80. kampanię "Po prostu powiedz NIE!" (Just say NO!). Takie postawienie sprawy jest zbytnim uproszczeniem - co innego odstawić "trawkę", co innego zaś kokainę czy crack. Niektórzy ludzie mają po prostu skłonności do uzależnień i nie powinni niczego próbować - to bardzo złożony problem.

   Czy sądzicie, że amerykańska scena psychodeliczna mogła być równie twórcza bez wpływu narkotyków ?

   R.K.: Z pewnością nie. Narkotyki odgrywały dwojaką rolę -dobrą i złą. Pomagały bardzo przy tworzeniu, ale w konsekwencji doprowadzały do wyniszczenia i do śmierci.

   R.M.: Amerykańska psychodelia była bardzo twórcza - to nie ulega wątpliwości. Nie ulega też wątpliwości, że to właśnie środki halucynogenne otworzyły drzwi nowej percepcji. To one rozbiły łańcuch judeo-chrześcijańsko-muzułmańskiej mitologii. Wyniosły nas ponad stany świadomości, do których tradycyjnie przywykliśmy.

   J.D.: To dobre pytanie, ale trudno dać na nie jednoznaczną odpowiedź. Cała ówczesna sytuacja naszego kraju była bardzo skomplikowana - wojna w Wietnamie podzieliła społeczeństwo, na nas i na nich. Ciągle coś się działo, także w sztuce. Kiełkował ruch praw obywatelskich, zaczynały się manifestacje pokojowe, do głosu dochodziły kobiety...

   Czy to LSD miało największy wpływ na te przemiany?

   R.M.: Z całą pewnością, chociaż to nie ma większego znaczenia - są inne środki. Wtedy było to LSD, ale nie należy zapominać, że istnieje jeszcze pejotl, meskalina, grzyby. W Polsce macie bardzo wiele gatun-ków grzybów - mówię o tych czerwonych, z białymi kropkami. Słowianie mają starą tradycję w używaniu grzybów halucynogennych - mówię o czasach przedchrześcijańskich. Słowianie żyli w lasach przez tysiące lat - należałoby dziś odnowić waszą chlubną psychodeliczną tradycję i zapuścićsię ponownie w głęboką zieleń puszczy...

   A ty sam nie obawiałeś się narkotyków?

   R.M.: Zawsze towarzyszyła temu doza lęku, wiedziałem, że to może być niebezpieczne. Ale powiem wam jedno - to i tak lepsze niż picie alkoholu, o wiele mniej niebezpieczne niż wódka... Lepiej już, jak zapalisz sobie skręta, albo - od czasu do czasu - weźmiesz grzybki. Jest to o wiele mniej niebezpieczne niż picie wódki.

Brązowe trunki

   A jednak Jim Morrison wolał pić.

  R.M.: Później. Na początku wszyscy paliliśmy marihuanę, no i braliśmy LSD. Nie za dużo, ale raczej systematycznie. Dopiero później, kiedy Jim był już sławny, mniej więcej w połowie kariery The Doors - zaczął pić. Muszę powiedzieć, że był niestety, klasycznym "irlandzkim pijakiem" - miał do tego wrodzone skłonności. Tak samo zresztą, jak Polacy.

   Co preferował - whisky czy bourbon?

   R.M.: Pił wszystko, co miało brązowy kolor: whisky, bourbon, brandy, koniak... Nie lubił ani wódki ani ginu, nie pił też dużo wina. Tylko brązowe trunki.

   J.D.: Jim był alkoholikiem. To zresztą legalny środek, mimo że zabija dziś więcej ludzi niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Wtedy jednak nie było klinik odwykowych, nie wiedzieliśmy nawet, co to znaczy.

Biały Indianin

   A skąd wzięły się jego pomysły o reinkarnacji? Czy historia z "indiańskimi duszami ", które go rzekomo zamieszkiwały, była chwytem reklamowym, czy też miałajakieś oparcie w jego wcześniejszych doświadczeniach ?

   R.K.: Oczywiście, że tak. Historia z Indianami - od której zaczyna się film The Doors - wydarzyła się naprawdę. Mały Jim był świadkiem wypadku, w którym stracili życie Indianie. Od tamtej pory żył w przekonaniu, że jakieś indiańskie dusze "wskoczyły" w jego ciało i cały czas tam mieszkają.

   Może to właśnie ten incydent spowodował rozszczepienie jego osobowości ?

   R.K.: Nie wydaje mi się, choć oczywiście nie można tego wykluczyć. Nie należy jednak traktować tego wszystkiego zbyt dosłownie - podobnie jak jego "satanistycznych" odlotów. To były - w gruncie rzeczy - żarty.

   Doprawdy? A jego słynne satanistyczne wesele?

   R.K.: To był największy żart. Absolutnie nie należy traktować tego poważnie.

The Doors i polityka

   Wiele osób postrzegało The Doors jako zespół "polityczny" - głównie z powodu waszych licznych konfrontacji z policją. Czy polityka w ogóle was obchodziła, czy też czuliście się tylko buntownikami ?

   R.M.: Oczywiście, byliśmy świadomi tego, co się wokół nas działo. Koniec z wojną w Wietnamie! Koniec z zanieczyszczaniem środowiska! Problem godziwych wynagrodzeń za pracę, równości ras - identyfikowaliśmy się z tymi hasłami. Jednak dla The Doors ważniejszy był świat wewnętrzny człowieka. Nas interesowało, jak odnaleźć w sobie Chrystusa albo Buddę. Jak osiągnąć oświecenie czy nirwanę.

   J.D.: Większość moich muzycznych idoli to Afroamerykanie -jazzmani Coltrane, Davies, byłem więc za równością. Tylko problem nie sprowadzał się do tego, by czarnoskórym obywatelom wolno było jeść w tych samych restauracjach, co białym. Rzecz w tym, że po prostu oni byli pozbawieni środków do życia. A bez tego nie można mówić o prawdziwej wolności. Nie rozumiem tylko, jaka jest różnica pomiędzy aktywnością polityczną a buntem?

   Wszelka działalność polityczna wymierzona jest w konkretny cel i stawia sobie bardzo konkretne zadania. Rebelia jest aktem sprzeciwu o charakterze ogólnym, jest aktem kontestacji.

   J.D.: Oczywiście, bywaliśmy "upolitycznieni". Chociaż Jim, w piosence The Unknown Soldier, nie mówił nic konkretnego na temat wojny w Wietnamie; wiadomo było o co chodzi. Jego przesłanie było o wiele bardziej uniwersalne. On mówił o tym, że musimy szukać pokoju w sobie, musimy zajrzeć wgłąb siebie. Tylko w ten sposób można wpłynąć na zmiany w społeczeństwie - jeśli nie potrafisz pomóc sobie, to i dla społeczeństwa niewiele zrobisz.

Pod presją

   Jak przetrwaliście tamte lata?

   R.M.: Nie byłem solistą. Wokalista jest najbardziej narażony. Skupia na sobie całą uwagę - ale także największą dozę krytycyzmu. Kogo aresztowano w Miami? Oczywiście, Jima. Kiedy policja wtargnęła na scenę w New Heaven, nie zainteresowała się muzykami. Aresztowano tylko Jima, bo to od niego płynęły słowa - nas nie mogli aresztować, chociaż byliśmy tak samo winni. Wyprawialiśmy brewerie na naszych instrumentach, ale to przecież nie jest karalne. To Morrison zbierał cięgi. Ale też do niego należaly największe gratyfikacje - sukces i sława w każdym wyzwalały łobuzerską naturę. "Bądź łobuziakiem... Damy ci wtedy pieniądze, damy ci kobiety, damy ci narkotyki, poświęcimy ci wreszcie uwagę. Chcesz tego wszystkiego? Proszę bardzo - to wszystko na ciebie czeka, ale musisz być szalony i zbuntowany, musisz żyć na krawędzi." Prawda jest jednak taka, że kiedy stąpa się po krawędzi, prędzej czy później obsunie się noga... To się właśnie stało z Jimem Morrisonem. To tragiczne! To po prostu wielka tragedia. Jak można stracić w ten sposób tak znakomitego poetę! A dla mnie była to także strata przyjaciela. Straciłem jednego z najlepszych przyjaciół, a my wszyscy straciliśmy wielkiego artystę.

Muzyczne korzenie

   Robbie, wspomniałeś wcześniej piosenkę Spanish Caravan, w której pięknie grasz flamenco na gitarze akustycznej. Przypomina nam to o twoich fascynacjach muzyką folkową, o twoim nierockowym stylu gry.

   R.K.: Zanim zacząłem grać rock'n'rolla, grałem sporo flamenco, najwięcej jednak muzyki folk. Pierwsze kroki jako gitarzysta stawiałem z harmonijką na szyi! Później, w The Doors, nie używałem kostki; tak jak większość folkowców posługiwałem się tylko palcami. Moimi idolami byli Leadbelly czy Woody Guthrie. Dlatego podpisanie kontraktu z wytwórnią Elektra, wówczas skupiającą przede wszystkim folkowców, bardzo mnie ucieszyło. Tym bardziej, że wcześniej odrzuciła nas Columbia, gdzie mieliśmy już coś w rodzaju kontraktu próbnego - robili to wtedy z wieloma grupami, ale później pozbywali się większości z nich. Nas odrzucili.

   The Doors był jedynym znanym zespołem, w którego szeregach nie było gitarzysty basowego. Nie myśleliście nigdy o dokooptowaniu basisty?

   R.K.: Wszystkim nam go brakowało i wielokrotnie o tym myśleliśmy. Poczyniliśmy nawet pewne starania, ale jakoś nie udało nam się trafić na osobę, która by do nas pasowała. Bardziej zresztą pod względem osobowości, a nie z powodów czysto muzycznych.

   Czy do The Doors próbował wejść jakiś znany dziś basista ?

   R.K.: Nie. Nie było nikogo takiego. Próbowaliśmy Paula McCartneya, ale był kiepski. (śmiech)

   Co sprawiło, że zdecydowałeś się grać partie basowe na fortepianie Fender-Rhodes?

   R.M.: Brzmienie - czyż nie jest piękne? Ale żeby grać w ten sposób, trzeba to robić inaczej niż wszyscy, ze słowiańskim wyczuciem. W muzyce The Doors słychać moje polskie korzenie.

Festiwale

   Symbolami epoki dzieci-kwiatów były festiwale odbywające się pod hasłami miłości i pokoju. The Doors wciąż uosabia tamtą epokę, jednak grupa nie pojawiła się na żadnym z dwóch największych muzycznych festiwali, ani na Monterey Pop w '67 r., ani na Woodstock dwa lata później. Dlaczego?

   R.M.: Do Monterey nas nie zaproszono... Dlaczego? Opowiadam o tym w swojej książce o The Doors, nad którą właśnie pracuję - dałem jej tytuł Bright Midnight. Natomiast co do Woodstock - to byliśmy nawet gotowi pojechać do Nowego Jorku. Zaproszono nas na "festiwal muzyki pop na powietrzu". Nie mieliśmy specjalnie ochoty występować na powietrzu, ale facet gorąco nas namawiał, mówił, że to będzie w Nowym Jorku. Odnieśliśmy wrażenie, że chodzi o występ w Central Parku. Dopiero potem powiedziano nam, że chodzi o stan Nowy Jork, a nie miasto, i że odbywa się to gdzieś na farmie... Nic z tego! Nie pojedziemy na żadną farmę! (śmiech). Kto mógł wtedy przewidzieć, że przybędzie tam 700 tysięcy hipisów, albo jaka będzie kiedyś ranga Woodstock? Dziś żałuję, że tam nie wystąpiliśmy.

   Czy to prawda, że nie zaproszono was na Monterey Pop ?

   R.K.: Przeciwnie - zaproszono nas, ale nie mogliśmy wystąpić ze względu na zobowiązania kontraktowe, które zatrzymały nas w Nowym Jorku, gdzie właśnie graliśmy w klubie The Scene. Z Woodstock to już była nasza wina. Powiedzieliśmy sobie: "Aha, próbują powtórzyć Monterey Pop. Nigdy im się to nie uda." I nie pojechaliśmy. Teraz tego żałujemy.

   J.D.: Nie wydaje mi się, żebyśmy byli zaproszeni na Monterey, bo nie reprezentowaliśmy wcale ruchu "Peace & Love". Przed występem w Woodstock powstrzymały nas nie najlepsze doświadczenia z graniem na powietrzu kilka miesięcy wcześniej - trudno było nam zapanować nad dźwiękiem, a akustyka była fatalna. Jim nie chciał już więcej występować na odkrytych scenach.

Europa

   A jak wam się grało przed europejską widownią?

   R.K.: W Europie jest wspaniała widownia, ale trochę nas na początku zaskoczyła. Na przykład w Holandii czy w Szwecji wszyscy klaskali w zgodnym unisono, co doprowadzało Jima do szału. Klaskali do rytmu, ale on nie mógł zrozumieć, dlaczego to robią. Wydawało się to nam zbyt sztywne, za mało było spontaniczności w reakcji widowni.

   A jednak to w Europie wystąpiliście na równie słynnym festiwalu Isle Of Wight. Czy pamiętacie tamten koncert, bo niewielu wykonawców może to o sobie powiedzieć?

   R.K.: Ja tak. Jest zresztą film z tego festiwalu. Jim nie był wtedy w najlepszym nastroju, bo trwała właśnie sprawa sądowa wywołana incydentem w Miami. Planowaliśmy wtedy trasę po całej Europie, ale nie byliśmy chyba mile widziani i udało się nam wystąpić tylko na Isle Of Wight.

L.A. Woman

   The Doors za życia Jima Morrisona wydali sześć albumów studyjnych i jeden koncertowy. Producentem wszystkich, poza ostatnim, był Paul A. Rothchild, który stworzył studyjne brzmienie Doorsów. Niedawno zmarł. L.A. Woman był pierwszym albumem, który wyprodukowaliście sami. Czy jest tak dobry, dlatego że nie został "przedobrzony" przez Rothchilda?

   R.M.: To Paul Rothchild nie chciał z nami nagrywać tej płyty. Powiedział, że zaczął się nudzić, pracując z nami, i że sami damy sobie radę. Czuliśmy się tak, jakby wszystko zaczynało się od nowa. To był dla nas nowy dzień. Produkowanie albumu własnymi siłami wyzwoliło w nas dużą dawkę energii - ta energia była nam wtedy bardzo potrzebna. Wszyscy czterej - z towarzyszeniem naszego inżyniera, którym był Bruce Botnick - nagraliśmy ten album w naszym studiu prób, położonym na ulicy Santa Monica, tutaj - w Los Angeles. Dzisiaj mieści się tu włoska restauracja, można więc zjeść sobie świetny obiad w miejscu, w którym The Doors nagrali L.A. Woman.

   R.K.: Czuliśmy się jak na próbie - to było całkowicie bezpretensjonalne nagranie.

   J.D.: Nazwałem kiedyś L.A. Woman "pierwszą płytą punkową". Wynikało to z tego, że wszystkiego było na niej mniej - mniejsza produkcja, mniej wersji utworów. Tylko my i nasz inżynier, Bruce Botnick. Cała technologia poszła na bok - graliśmy w naszej sali do ćwiczeń prawie na żywo. I dlatego udało się nam wyzwolić tyle surowej energii. Zerwaliśmy z perfekcjonizmem Rothchilda, ale nie zapominajmy, że to on nauczył nas w ogóle nagrywać płyty. Dlatego też Box Set dedykujemy jego pamięci.

   Kto wpadł na pomysł dogrania efektu burzy na Riders Of The Storm?

   J.D.: Bruce Botnick i ja.

   Z jakiego powodu utwór The Celebration Of A Lizard, jeden z najsłynniejszych poematów Morrisona, nie doczekał się nagrania w studiu ?

   R.M.: Nigdy właściwie nie został ukończony. Przymierzaliśmy się do tego, nagrywaliśmy to nawet kilka razy - ale to ciągle nie było to. Energia nie popłynęła we właściwym kierunku. Niektóre piosenki są gotowe od razu - inne wymagają pewnego okresu "wylęgania". W tym przypadku jaszczurka (lizard) nie była jeszcze gotowa na opuszczenie jaja. Piosenka wykluła się na koncertach, a potem zabrakło nam czasu, żeby się do tego zabrać, chociaż mieliśmy taki zamiar. W '71 r. byliśmy przekonani, że numer jest już wreszcie gotowy i mogliśmy go nagrać w studiu, ale Jim nie wrócił z Paryża.

   R.K.: Mieliśmy go nagrać? Pierwsze słyszę. Nie wiem. To był typowy koncertowy numer.

Film

   W 1991 roku amerykański reżyser Oliver Stone nakręcił filmową historię The Doors. Przyczyniła się ona do ponownego odrodzenia się kultu Jima Morrisona. Album z muzyką do filmu dotarł w Stanach Zjednoczonych do ósmego miejsca, a w Wielkiej Brytanii do jedenastego. Lepiej niż L.A. Woman. Podobno nie podobał wam się zbytnio film The Doors?

   R.M.: Bo jest okropny! To wcale nie jest Jim Morrison! Film The Doors jest bardzo dobry, ale zupełnie nie przedstawia Jima, który został sportretowany jako ktoś nieustannie pijany. A tymczasem Jim Morrison był artystą, był poetą. Oczywiście, że pił, ale po pierwsze, nie robił tego na okrągło, a po drugie wcale tak się z tym ostentacyjnie nie obnosił. To był inteligentny, bardzo oczytany człowiek! A przy tym bardzo zabawny, a tymczasem w filmie The Doors nikt się ani razu nie śmieje. To bez sensu - myśmy się naprawdę świetnie bawili. Dlatego nie mogę się zgodzić z takim obrazem. Jest nieprawdziwy.

   Czy mieliście jakiś wpływ na kształt filmu ?

   R.M.: Żadnego! Na końcu pojawia się napis "Dziękujemy The Doors", ale to tylko sprytny chwyt Olivera Stone'a. Przeczytałem scenariusz i powiedziałem, że nie chcę mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Napisałem do Stone'a, że jeśli chce zrobić film, jak należy, to niech do mnie zadzwoni. Nigdy się nie odezwał. Oczywiście, na początku wyraziliśmy zgodę na realizację filmu -każdy z nas musiał podpisać coś takiego, ale kto pomyślał, że on będzie taki głupi? To nie jest zresztą film o psychodelii - główny bohater sprawia wrażenie kokainisty. O tak, to raczej film o białym proszku, a nie o psychodelii, czyli LSD.

   J.D.: Uważam, że Val Kilmer grający główną rolę był świetny. Ale nie pamiętam żadnych nagich dziewcząt biegających po scenie na naszych koncertach.

Po śmierci

   Już bez Morrisona pozostali członkowie The Doors nagrali dwa albumy - Other Voices i Full Circle. Okazały się artystyczną i komercyjną porażką. Dlaczego ?

   R.M.: Brakowało na nich Jima - z tego powodu zespół zakończył działalność. Gdyby na dwóch ostatnich albumach to Jim śpiewał piosenki, gwarantuję, że by ci się podobały. Niestety - Jim już nie żył, a bez niego nic już nie było takie samo.

   R.K.: Nie brakowało na tych płytach dobrych piosenek. Myślę jednak, że nikt nie słuchał, jaki jest materiał, tylko porównywano nasz śpiew do śpiewu Jima. Faktem jest też, że po odejściu Jima cała wewnętrzna równowaga grupy została zachwiana.

   Podobno Iggy Pop miał zastąpić Morrisona...

   R.M.: I szkoda, że tego nie zrobiliśmy - to był dobry pomysł. Niestety, woleliśmy zniknąć z pola widzenia, zanim spotkamy się z krytyką. Chociaż to było niewykonalne - gdyby Iggy zastąpił Jima, wszyscy by ich porównywali. Ktoś by zawsze powiedział: "Niejesteś taki dobry, jak Jim..." To się nie mogło udać. Nikt nie wyobrażał sobie innego wokalisty w The Doors.

   Lata spędzone z The Doors zdeterminowały całe wasze życie - czy to nie smutne?

   J.D.: Tak. Ale nie twierdzę, że źle mi w tym cieniu. Przez wszystkie następne lata starałem się zrozumieć, co to właściwie było!

   R.K.: Czy zdeterminowały? Na pewno. I w dobry, i w zły sposób. Z jednej strony byłem częścią The Doors, zespołu, który okazał się jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych grup w muzyce rockowej. Z drugiej jednak strony - od czasu rozpadu The Doors chciałem robić coś własnego i nikt nie chciał nawet o tym słyszeć. Nie mogę wyjść na scenę i nawet próbować zagrać czegoś nowego, bo wszyscy od razu chcą, żebym zagrał jakiś numer The Doors. To smutne, niewątpliwie.

   R.M.: Tak, to smutne. I moje życie jest smutne - jestem Słowianinem, a wszyscy Słowianie są smutni. A może to tylko ja jestem smutnym Słowaninem? Smutna prawda jest jednak taka, że lata spędzone z The Doors zaważyły na całym moim życiu. Nic więcej nie zrobiłem. To bardzo smutne, że leżę sobie teraz w słońcu południowej Kalifornii, zajadam owoce i rozmawiam z kimś z kraju moich przodków. Oczywiście, żartuję...

   Jesteś zły, że cię o to spytaliśmy?

   R.M.: Nie jestem zły - jestem smutny. Poza The Doors nie zrobiłem w życiu nic znaczącego. No i trudno. Ale The Doors byli tak dobrzy, że nie ma się czym przejmować. Została po nas fantastyczna muzyka...

   Szczęściarz!

Rozmawiali: Grzegorz Brzozowicz i Daniel Wyszogrodzki

historia
dyskografia
literatura
video
biografie
teksty
tłumaczenia
poezje
artykuły
cytaty
muzyka
gitara
bajery
galeria
#thedoors
linki